Większość z nas trzyma w szufladzie poprzedni telefon. Leży tam Samsung Galaxy A52 albo iPhone 11, którego nikt już nie używa, bo bateria trzyma pół dnia, a ekran ma rysę w rogu. Wyrzucić szkoda, sprzedać za 200 zł też jakoś nie wypada. A tymczasem na wakacyjny wyjazd autem to jeden z najbardziej praktycznych gadżetów, jakie możesz mieć pod ręką — pod warunkiem, że poświęcisz mu pół godziny przed drogą.
Pomysł jest prosty: ten drugi telefon przestaje być telefonem. Wyjmujesz z niego kartę SIM, kasujesz wszystko, czego nie potrzebujesz, i zostawiasz mu jedno zadanie na całe wakacje. Dzięki temu nie rozładowujesz głównego telefonu nawigacją, nie martwisz się, że dziecko zaleje bajką ekran sprzętu, na którym masz bankowość, i masz w aucie urządzenie, którego nie szkoda przykleić do szyby na cały lipiec.
Nawigacja, która nie zżera danych i nie pada w roamingu
Najbardziej oczywiste zastosowanie to nawigacja. Wgrywasz Google Maps albo Organic Maps, pobierasz mapy offline na całą trasę — powiedzmy Polska plus Chorwacja, jeśli jedziesz nad Adriatyk — i telefon prowadzi cię bez jednego megabajta transferu. To ma znaczenie nie tylko za granicą. Nawet w kraju, gdzieś między Jędrzejowem a Tarnowem, zasięg potrafi zniknąć na dłuższym odcinku, a nawigacja online wtedy głupieje.
Organic Maps polecam szczególnie, jeśli jedziesz w góry albo w miejsca, gdzie liczy się każdy szlak i polna droga. Aplikacja jest darmowa, nie ma reklam, korzysta z danych OpenStreetMap i działa w pełni offline. Google Maps wygrywa za to przy szukaniu konkretnej stacji benzynowej czy godzin otwarcia sklepu — ale to akurat robisz raz, na postoju, przez telefon główny.
Jest jeden warunek, o którym łatwo zapomnieć: starszy telefon musi mieć działający moduł GPS, a ten potrafi się gubić bez wsparcia sieci komórkowej. Pierwsze namierzenie pozycji bez karty SIM bywa wolniejsze — daj mu dwie, trzy minuty z widokiem na otwarte niebo, zanim ruszysz, i potem trzyma się trasy bez problemu.
Wideorejestrator za zero złotych
Drugie zastosowanie, które realnie się przydaje: kamera samochodowa. Porządny wideorejestrator, np. Viofo A129 albo 70mai, to wydatek 250–500 zł. Tymczasem stary telefon z aplikacją taką jak AutoBoy (Android) czy darmowym trybem nagrywania w pętli robi dokładnie to samo — nagrywa drogę w krótkich odcinkach, kasuje najstarsze, gdy zabraknie miejsca, i zapisuje moment hamowania.
Tu pojawia się pytanie, które pewnie sobie zadajesz: skoro telefon i tak prowadzi nawigację, to jak ma jednocześnie nagrywać? Odpowiedź jest niewygodna — nie da się dobrze robić obu rzeczy naraz na jednym sprzęcie. Albo nawigacja, albo rejestrator. Dlatego ten patent ma sens głównie wtedy, gdy masz dwa stare telefony, albo gdy na konkretny wyjazd nawigujesz z głównego, a stary wisi pod lusterkiem i tylko nagrywa.
- Ustaw rozdzielczość na 1080p, nie 4K — karta zapełni się wolniej, a w razie stłuczki i tak odczytasz tablice rejestracyjne.
- Włóż osobną kartę microSD klasy U3, choćby 64 GB za jakieś 40 zł — nagrywanie w pętli męczy pamięć i szkoda do tego pamięci wewnętrznej telefonu.
- Koniecznie podłącz telefon do ładowarki samochodowej. Nagrywanie wideo plus ekran to najszybszy sposób, żeby bateria padła w godzinę, a stara bateria pada jeszcze szybciej.
Dziecko z tyłu, bajka na ekranie, spój w przedniej szybie
Każdy, kto jechał osiem godzin nad morze z dzieckiem w foteliku, wie, że pytanie „daleko jeszcze?” pada po raz pierwszy gdzieś na obwodnicy rodzinnego miasta. Stary telefon jako odtwarzacz bajek ratuje te wyjazdy. Wgrywasz wcześniej kilka odcinków z pobranych materiałów — YouTube Premium i Netflix pozwalają ściągać filmy do trybu offline — i podajesz do tyłu sprzęt, na którym nie ma twojej skrzynki mailowej ani aplikacji bankowej.
Najlepsze jest to, że na takim telefonie możesz na spokojnie włączyć kontrolę rodzicielską i zablokować wszystko poza jedną aplikacją. W Androidzie służy do tego tryb Family Link albo zwykłe przypięcie ekranu (Pinowanie aplikacji w ustawieniach), a na iPhonie — Czas przed ekranem i Dostęp nadzorowany. Dziecko nie wyjdzie przypadkiem do sklepu Play i nie zadzwoni do cioci z Australii o trzeciej w nocy.
Warto dorzucić uchwyt na zagłówek za jakieś 25–40 zł i porządne słuchawki dla malucha z ograniczeniem głośności. Bez tego cała rodzina słucha tej samej bajki o świnkach przez pięćset kilometrów, a to droga prosto do kłótni na przedostatnim zjeździe.
Pół godziny przygotowań przed drogą
Zanim wrzucisz stary telefon do auta, przejdź przez kilka rzeczy. Najpierw zrób reset do ustawień fabrycznych — chcesz mieć czysty sprzęt bez starych zdjęć, kontaktów i zapisanych haseł, zwłaszcza jeśli ma jeździć w dziecięcych rękach. Potem zaloguj się na osobne, „techniczne” konto Google lub Apple, a nie na swoje główne. To drobiazg, który oszczędza nerwów, gdyby telefon zginął na parkingu pod hotelem.
Pobierz wszystko, co ma działać offline, jeszcze w domu, na swoim wifi: mapy, bajki, ulubione playlisty. W trasie nie masz na to ani zasięgu, ani cierpliwości. I — to akurat z własnego doświadczenia — sprawdź, czy ekran w ogóle reaguje na dotyk całą powierzchnią, bo stare telefony lubią mieć martwy pas wzdłuż którejś krawędzi, a tego nie zauważysz, dopóki nie spróbujesz przewinąć mapy w aucie.
Latem dochodzi jeszcze jedna rzecz, o której trzeba pamiętać akurat przy telefonie przyklejonym do szyby: nie zostawiaj go tam, gdy parkujesz w słońcu. Telefon nagrzany do sześćdziesięciu stopni potrafi się wyłączyć w połowie trasy, a w skrajnych przypadkach spuchnięta od gorąca bateria to już nie żart. Zdejmujesz z uchwytu, wrzucasz do schowka albo zabierasz ze sobą — pięć sekund roboty.
Stary telefon nie zastąpi dedykowanej nawigacji za 600 zł ani porządnej kamery z trybem nocnym. Ale leży w szufladzie za darmo, a na dwa tygodnie wakacji robi dokładnie tyle, ile trzeba. To chyba najtańszy gadżet, jaki w tym roku weźmiesz na wyjazd.